Blog > Komentarze do wpisu
Ill

Pomału wracam do zdrowia. 2 dni z życia wycięte przez lewitowanie gdzieś pomiędzy 37,8°C-38,5°C. Wracam do zdrowia, tzn. że ogarnął mnie uporczywy kaszel, zwykle go mam jak mi odchodzą inne dolegliwości. Nie poszłam do pracy. Nie miałam wczoraj "syndromu niedzielnego", który zwykle w porze poobiedniej objawia się u mnie mniej więcej tak: a ja nie chcę jutro do pracy! I tak kwękam Żonie cały niedzielny wieczór. Nie lubię chodzić do pracy (znacznie bardziej nie lubię wstawać rano niż chodzić do pracy), aczkolwiek jeszcze bardziej nie lubię chorować, gorączkować. Biedna Żona ma się wtedy ze mną. Ale chyba tym razem nie byłam aż tak upierdliwa jak zwykle. A. jest wtedy Kochana (zawsze jest, ale wtedy jest Anielska - A. jak Anielska:)), co ja bym bez niej zrobiła. Jak jestem chora to już ani ręką, ani nogą nie ruszę. A Ona mi ugotuje rosołek... wczoraj nawet murzynka upiekła. Szkoda tylko, że powonienia nie posiadam. Ale z uporem maniaka, coś tam wywęszyłam. Zawsze zadajemy sobie pytanie: lepiej żyć ślepym czy głuchym? Ja bym dołożyła do tego: czy bez węchu? Masakra... Ja tak uwielbiam jeść, smakować, a tu... cokolwiek bym nie zjadła smakuje tak samo, pomijając słodko - kwaśno - gorzko - słony smak. I tak cierpię od kilku dni! Życie jest czarno - białe bez zapachów. Nie czuję swojej Żony! Przytulam się i nic! Wyglądam czasem jak pies tropiciel wścipiając swój nochal w różne rzeczy.

Oglądałam któregoś dnia program o hermafrodytach (teraz różne, nieraz dziwne programy oglądam ze względu na mój stan zdrowia), które ściągały haracz od właścicieli sklepów, bo inaczej rozbiorą się okazując swoje... wdzięki a to im przyniesie pecha! A dziś dla odmiany widziałam program o klasztorze w Gostyniu:)

A jutro... Ciężki dzień... Wizyta kontrolna z Mamą u lekarza... A ja...poddam się tradycyjnej metodzie leczenia, a mianowicie dam se postawić bańki! Wrr... Dzisiaj omal bym się udusiła tabletką! Wielki ohydny antybiotyk stanął mi w poprzek przełyku! Byłam spanikowana, bo sama w domu. W ułamku sekundy miałam różne myśli. Boże! Przecież nie mogę ot tak tak sobie udusić się tabletką! Ale co mam robić? Dzwonić po pogotowie? Ale nie wypowiem słowa! Zwymiotowałam i nic. Na siłę wlewałam w siebie wodę, gdzie się akurat skończyła i zamiast podstawić szklankę pod kran to ja nalewałam wodę z butli do dzbanka! Jakoś się przesunęła... jakoś poszło... Czułam ją dalej w przełyku, ale mogłam już złapać oddech (przypominam, że nos mam totalnie zapchany). Wtedy już wiedziałam, że prędzej czy później się rozpuści. Ze łzami w oczach zachwoniłam do Żony: Kochanie... Mogło mnie już tu nie być... A moje Kochanie po chwili zdziwienia wpadła w dziki śmiech! Rzeczywiście wyobrażając sobie tą sytuację można się uśmiać, ale jak mało trzeba...

poniedziałek, 10 stycznia 2011, ca_valait_la_peine

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: ca_valait_la_peine, *.dynamic.chello.pl
2011/01/11 19:58:59
moja biedulka :****
a/m
-
Gość: wyobraznia-dziala, 46.112.118.*
2011/01/13 12:08:26
nienawidzę połykać tabletek, znam ten ból.
POLECAM